"Czołgi, na szczęście, nie przyszły. Blizna mi została. Nawet po dwudziestu latach, czasami zaboli" - słowacki pisarz i publicysta Michal Hvorecký wspomina aksamitną rewolucję w Bratysławie.
Twarde zderzenie z aksamitną rewolucją
W listopadzie 1989 r. miałem dwanaście lat, a o polityce, jak większość dzisiejszych naszych przedstawicieli wyższego szczebla, nie miałem pojęcia. Chodziłem do ośmioletniego gimnazjum na bratysławskiej ulicy Armii Czerwonej. Nasza klasa była elitarnym eksperymentem, który zakończył się skandalem dotyczącym pedofilii, zatuszowanym przez Służbę Bezpieczeństwa.
O polityce w szkole mówiło się tak jak dziś, kiedy pan premier zajdzie między uczniów szkoły średniej – za zamkniętymi drzwiami i bez świadków. Znalazły się też wyjątki. Moja mama odkryła list z wycieczki szkolnej z 1988 r., w którym cytuję moją ulubioną nauczycielkę Yvon Čížkovą: „Michal będzie miał porządek w rzeczach, kiedy w Czechosłowacji nastanie komunizm, czyli nigdy." Ta kobieta zwykle rozmawiała z nami swobodnie, z literatury rosyjskiej przeczytała wszystko i umiała to też przekazać, a radzieckie brukowce przeznaczała na zbiórkę makulatury.
Namiętnie czytałem science fiction i lubiłem chodzić na pierwsze listopadowe spotkania, gdy się nieprawdopodobnie fantazjowało - podobno za pięć lat dogonimy Austrię! Demonstracje przeżywałem boleśnie, ponieważ ledwo co się zaczęły, pierwszy i mam nadzieję ostatni raz w życiu, potrącił mnie samochód. Ponieważ wszystko się radykalnie zmieniało, sądziłem, że nie obowiązują zarówno stare zasady ruchu drogowego i wolno przekraczać jezdnię tuż przed autobusem. Myliłem się i doszło do kolizji z ciężką maską Skody 120. Pojazd jechał tylko 30km/h, ale od razu wyrzuciło mnie na chodnik. Chyba doznałem nerwowego szoku, ponieważ moje nogi klepały się jak boogie-woogie. Chwilę kręciło mi się w głowie, a potem uspokajałem wystraszone otoczenie, że nic mi nie jest. Kurczowo zaciskałem kolana, które mi odskakiwały, jakby do mnie nie należały. Kilku świadków z przerażeniem patrzyło na moją klatkę piersiową, więc ja też na nią spojrzałem. Krwawiłem jak potwór w dennym horrorze, no ale w sposób zwyczajowo przyjęty w tym gatunku, był to totalny przerost formy nad treścią – miałem tylko sprytnie rozciętą brodę.
Potrącił mnie bardzo miły człowiek, niesamowicie poczciwy. Wraz z kolegą zawiózł mnie do szpitala, gdzie lekarze zszyli mnie gorącą igłą, młoteczkami poklepali moje kończyny i w środku nocy mogłem iść do domu. Mężczyźni odprowadzili mnie do mieszkania, oni w długich skórzanych płaszczach, a ja zabandażowany pomiędzy nimi – wcielenie pobitego demonstranta między ubekami. Mama od kilku dni powtarzała, że znowu przyjdą Sowieci i gdy zobaczyła naszą dziwną trójkę w drzwiach, zbladła. "Co się stało?" - spytała przerażona. "Wypadek samochodowy” - odparł mężczyzna. "Tylko? To dobrze!" - opowiedziała. Jak to tylko? Dlaczego dobrze? nie rozumiałem, spodziewałem się współczucia, prezentów, może nawet ekstra kieszonkowego. Czołgi, na szczęście, nie przyszły. Blizna mi została. Nawet po dwudziestu latach, czasami zaboli.
Ze słowackiego przetłumaczyła Kornelia Lesiak.
Tekst ukazał się w słowackim dzienniku "Sme".
Michal Hvorecký – rocznik 1976, słowacki dziennikarz i prozaik. Ostatnio opublikował powieść „Eskorta“ (2007) oraz zbiór felietonów „Pastiersky list“ (2008). W Polsce nakładem wydawnictwa Fa-art opublikowano „W misji idealnej czystości“ (2002) - zbiór jego opowiadań w tłumaczeniu Marcina Babko. Jego książki ukazały się także w języku czeskim, niemieckim i włoskim. Mieszka w Bratysławie.







